Marysia.

Z Marysią poznałam się na Krecie w Grecji podczas jednej z moich życiowych wypraw. 

Byłam wtedy na szkoleniu w biurze turystycznym, w którym musiałam odbyć wszystkie wycieczki dostępne w ofercie biura.
Codziennie jechałam w inne miejsce zwiedzając wyspę. 

Tego dnia padło na “wieczór kreteński”, którego opiekunką była Polka — Maria. 
Słysząc te wieści, mentalnie przewróciłam oczami – pojechałam tam po to, by być jak najdalej od rodaków, a przyjdzie mi spędzić wieczór z jakąś “Mariją”.

Spotkałyśmy się na przystanku autobusowym, usiadłyśmy na krawężniku i zaczęłyśmy rozmawiać. 

Marysię jest bardzo łatwo polubić, rozmowa dobrze się kleiła. Po wieczorze kreteńskim umówiłyśmy się na kolację, drinka i tak od 2022 roku ten kontakt został do dziś. 

W ten sposób los podarował mi wspaniałą przyjaciółkę i zyskałam kogoś naprawdę wyjątkowego.

Ladies and gentelman 

Marysia. 

Od zawsze byłam niezwykle spokojnym, nieinwazyjnym dzieckiem i potrafiłam zająć się sobą przez wiele godzin.
Bardzo samodzielna, osadzona mocno w świecie wyobraźni, a przy tym zaskakująco dojrzała jak na swój wiek. 

Odkąd byłam dzieckiem miałam wizje robienia wielkich rzeczy – niezależnie od tego, czy aktualnie chciałam być dziennikarką, aktorką, czy prawniczką, w swoich marzeniach osiagałam sukcesy na miarę bohaterek z moich ukochanych filmów.
Miałam kilka koleżanek. Trzymałyśmy się razem – trochę na uboczu, byłyśmy bardziej grupą nerdów i outsiderów.
 
Jak wyobrażałam sobie dorosłość? Zawsze mocno polegałam na swoim intelekcie, więc wydawało mi się, że droga do sukcesu jest prosta – „wystarczyło” przecież być bardzo mądrym, ambitnym i bardzo pracowitym. Dość szybko ta dziecięca wizja rozjechała się z rzeczywistością…

W tamtym momencie dorosłość wyobrażałam sobie inaczej. Jako stadium, które pewnego dnia po prostu się osiąga – budzisz się i ogarniasz.

Dziś – jako ponad trzydziestoletnia kobieta wiem, że wszyscy wciąż codziennie się tej dorosłości uczymy.
Nie ma szczytu do zdobycia i złotej gwiazdki za osiągnięcia.

Wszyscy próbujemy po prostu być i być ze sobą okej. 
Uwielbiałam taniec i wszelkie formy fizycznej ekspresji – później przyszły czasy nastoletnie, ciało zaczęło się zmieniać, dojrzewać trochę zbyt szybko i nie tak, jak ciała moich rówieśniczek. Pozwoliłam, by te pasje wyparł wstyd i poczucie niedopasowania. Do dziś obiecuję sobie, że kiedyś wrócę do tańca już jako świadoma, pogodzona ze sobą kobieta – i wtedy będę wiedzieć, że jest już dobrze. 

Moją mocną stroną było i jest pisanie. Wczesna adolescencja i lata nastoletnie upłynęły mi na ciągłym pisaniu i tworzeniu – opowiadań, fanfików, grafik, które im towarzyszyly oraz kreowaniu postaci. To też jedna z tych pasji, którą utraciłam gdzieś w biegu życia, ale do której powoli wracam. Mam nadzieję, że to mi się uda.  

W szkole średniej zaczęłam lepiej odnajdywać się społecznie – spotkałam świetnych ludzi w liceum i zaczęłam odkrywać, że nie jestem skazana na samotność i ta moja dziwność, którą zawsze odczuwałam, może trafić na podatny grunt ludzi mi podobnych. 

W liceum całkowicie zmieniłam też aspiracje – odeszłam od szeroko pojętych “talentów humanistycznych” i zaczęłam kształcić się na profilu matematyczno – fizycznym, z pragnieniem podjęcia studiów medycznych po maturze. 

Ostatecznie okazało się, że matura nie poszła tak, jak na to liczyłam – myślałam, że po raz kolejny, jak dotychczas, uda mi się niskim nakładem pracy osiagnać sukces akademicki, ale rzeczywistość maturalna okazala się ciut inna. Wynik pozwolił mi dostać się na biotechnologię i psychologię – wybrałam to drugie, choć bez przekonania. 
Przez większość życia borykałam się z depresją, poczuciem niedopasowania, nieadekwatności. W trakcie jednego z trudniejszych dla mnie epizodów wyjechałam na wakacje – właśnie na Kretę – i po raz pierwszy poczułam… ulgę.

Tak jakbym mogła po prostu być i istnieć – i to było wystarczające. Taka jaka jestem: z nadwagą, całą moją dziwacznością i bagażem ciężkich emocjonalnych doświadczeń.

Warto dodać, że w moich żyłach płynie grecka krew – moi dziadkowie przyjechali do Polski wiele lat temu, mama jest Greczynką. Tradycje i zwyczaje w domu od zawsze były inne. Być może dlatego Grecja od początku była dla mnie czymś więcej niż tylko miejscem.

Ulga, którą odczułam, gdy przyjechałam do Grecji z zamiarem zostania na dłużej, dość skutecznie i na długo przysłoniła mi  trudną rzeczywistość. 

Decyzja o zostaniu na dłużej przyszła szybko.

Byłam upojona wolnością, którą poczułam na Krecie – wolnością bycia, doświadczania i istnienia. 
Różowe okulary w pewnym momencie zaczęły jednak opadać. Na pierwszy plan zamiast korzyści wysunęły się koszty tej decyzji – tęsknota, niestabilność finansowa, poczucie obcości i samotność.

Ostatecznie to była najlepsza decyzja, którą na tamten moment mogłam podjąć – Grecja przywróciła mi samą siebie i oddała radość życia, nawet jeśli pobyt tam był też wypełniony workiem gorzkiem i trudnych lekcji. 
W tym wszystkim niezwykle ważne było dla mnie spotkanie ludzi z podobnym doświadczeniem. Jest takie piękne poczucie wspólnoty związanej z byciem daleko od domu – niezależnie od tego skąd pochodzisz, łączycie się doświadczeniami, bolączkami, trudnościami i sukcesami. Filarami mojego świata w Grecji byli ludzie, którzy wybrali podobną drogę – Polacy, Włosi, Belgowie, Rumuni ze swoim własnym plecakiem doswiadczeń, których los rzucił na tę sama wyspę, na której ja także się znalazłam. 

To wszystko zmieniło też mnie – jestem bardziej otwarta, mam więcej pokory, umiem docenić małe rzeczy. Czuję ogromną wdzięczność za przywilej doświadczenia takiego życie i trochę greckiego kefi [kefi – radość życia, doświadczanie czegoś pozytywnego].

Grecja bardzo pomogla mi w doświadczeniu swojego własnego ciała, które przez wiele lat naznaczone było doświadczeniem zaburzeń odżywiania, wstydu i niechęci do własnej fizyczności. Grecy mają dość specyficzną mentalność, która pomogła mi zobaczyć w sobie kobietę – fajną, zdrową, a nawet atrakcyjną. Trudno utrzymać mi ten midnset tu po powrocie – być może związane to jest z moimi własnymi przekonaniami dotyczącymi tego, jak moje ciało jest tu oceniane i ogólnym krytycyzmem naszych rodaków, ale próbuję nad tym pracować i wnosić w codzienność lekcje, których nauczyła mnie Kreta. 
Na dzień dzisiejszy moje życie powoli się układa, ale nijak ma się do wizji, które snułam za dzieciaka. Jestem w momencie przejściowym – po 5 letnim doświadczeniu życia z daleka od domu, zdecydowałam się wrócić. Decyzja, która mnie sama dość mocno zaskoczyła. 

Uczę się siebie samej, profesji, do której wróciłam po latach i takiego zwykłego, satysfakcjonującego życia w zgodzie ze samą sobą. Jest zdecydowanie mniej kolorowo i brokatowo niż w filmach, które kiedyś ogladalam, ale też w sumie jest całkiem fajnie.

Uczę się od nowa być w Polsce, próbuję okiełznać tęsknotę za tym drugim domem, który zostawiłam na Krecie. To trudny, lecz budujący moment. 
Trochę doskwiera mi samotność – ogromna lekcja płynaca z doświadczenia emigracji jest taka, że nie wszystkie relacje przetrwają próbę długiego dystansu i różnic czasowych. Ale to też ważne, by doceniać te relacje, które przeszły przez sitko trudności logistycznych i technicznych związanych z byciem daleko od siebie. Ogromna wartość czai się w ludziach, którzy zostali. 

Mam poczucie, że bycie kobietą, to jest niekończaca się walka z wiatrakami oczekiwań – nie jest trudno poczuć, że się nie pasuje. Nie pasuję do Polski, nie pasuję do Grecji, nie pasuję na bizneswoman utożsamiającą się z kulturą zapierdolu, ale na bezrobociu się nudzę. Jestem za gruba, za wysoka, mam za duże stopy, za dużo śpię, za mało się ruszam. 

Staram się być okej ze sobą, ale jest to proces, który nigdy się nie kończy – nie ma mety, nie ma szczytu do zdobycia, jest tylko powolne budowanie samoakceptacji. I to też nie jest proces liniowy – bardziej taka dzika, nieprzewidywalna sinusoida, bez finish line.

Ja też miewam trudne momenty, w których myślę, że nie dam rady. 

Co wtedy robię? 

W takich sytuacjach buduję rutynę, wyciszam się i staram się lepiej jeść. 

Nie zawsze pamiętam o swoich potrzebach. To jest trudny kawałek, bo o sobie często zapominam. Na szczęście mam wokół siebie fajnych, mądrych ludzi, którzy przypominają mi, że jestem ważna i też potrzebuję opieki.

Są rzeczy, które są poza moja kontrolą mimo wewnętrznej potrzeby przejęcia tej kontroli we własne ręce – wtedy warto te ręce czymś zająć. Ja chodzę na siłownię, biegam, wracam do pisania.

A reszta?

Jeszcze wszystko się ułoży.
Moment, w którym poczułam, że jestem na swojej ścieżce, był  moment pożegnania z Kretą (tymczasowego!).
Wtedy zobaczyłam ile ludzi chce mnie uściskać, ile osób wspiera, ile jest poruszonych moim wyjazdem. To był jeden z tych fajnych momentów, w którym pomyślalam sobie, że buduję coś fajnego niezależnie od tego, na jakiej szerokości geograficznej jestem. I że wspólnym mianownikiem tych sytuacji jestem ja, więc chyba spoko ze mnie człowiek.

Co chcę Ci przekazać? 

Poznaj się sama ze sobą, jakkolwiek patetycznie to nie brzmi. I nie bój się zmian. 

Albo inaczej:

Bój się, ale próbuj mimo lęku. Najważniejsze, co możesz mieć w tym życiu, to własne szczęście. Lęk to cena, którą płacimy za zmianę.

Przewijanie do góry