Basia.

Z Basią znamy się dość długo, bo całe moje życie. 

Moja najlepsza przyjaciółka, wspaniała kobieta o ogromnym sercu.

Zakochana w Grecji, kraju fety odkąd tylko pamiętam, fanka kabaretów, artystyczna dusza spełniająca się we florystyce, a kiedy ruszy na parkiet wszystkie oczy są skierowane właśnie na Nią.

Niektórzy ludzie wchodząc do pomieszczenia wnoszą wyjątkowy blask. Taka jest moja Basia.

Nie mogło jej tu zabraknąć. 

Mamuś, scena jest Twoja.

Ladies and gentelmen.

Basia.
 

W dzieciństwie niczego mi nie brakowało, moi rodzice zadbali o wszystko, ale ja też nie byłam wybrednym dzieckiem.

Byłam bardzo kontaktowa i zagadywałam ludzi – ta cecha została ze mną do dziś. Bez względu na to, kogo spotkam, zawsze nawiąże się jakaś krótka konwersacja.

Moim kompleksem młodości były piegi na twarzy, w niezliczonych ilościach. Moja mama robiła wszystko, żeby mi pomóc – lekarze, kosmetyczki, dermatolodzy… ale to niewiele pomagało i wtedy postanowiłam, że to zmienię.
Zmienię swoje nastawienie.

Postanowiłam, że będę taką osobą, żeby ludzie zwracali uwagę na moją duszę, na moje ja – a nie na piegi. 

Pokonałam ten kompleks i skupiłam się na sobie w dobrym tego słowa znaczeniu. 
W szkole lubiłam pomagać, szczególnie osobom z rodzin, które nie miały łatwo. Byłam zdolną uczennicą, więc pomagałam w lekcjach innym dzieciom. 

Kochałam tańczyć i recytować wiersze, a że byłam ambitna, to brałam udział w każdym szkolnym występie. Nie bałam się publiki, a na scenie czułam się naprawdę swobodnie. 

W liceum życie nabrało innego smaku – pierwsze spotkania z chłopakami i pierwsze randki. Miałam powodzenie u chłopaków – być może dlatego, że z łatwością rozmawiałam na wszelkie tematy. 
Z racji tego, że kochałam tańczyć, nie brakowało mnie na imprezach. Potrafiłam tańczyć nawet z najgorszym partnerem. 

Przyszedł czas na zmiany – ezgaminy na studia – zdałam, lecz w wyniku braku miejsc nie dostałam się do wybranej przeze mnie uczelni. Ponadto bałam się mieszkać i żyć z daleka od rodziny. 
Byłam zła i rozczarowana sama sobą. Żałuję, że nie potrafiłam wtedy zawalczyć o swoje.
Rozpoczęło się dorosłe życie. Poszłam do pierwszej pracy, w której miałam być tylko na zastępstwo, a zostałam 9 lat. Pracowałam w administracji w żłobku.

Miałam wiele wspólnych cech z Panią Zosią – moją kierowniczką. Wielokrotnie przyglądałam się jak pomagała pracującym tam kobietom w różnych sytuacjach – zarówno w tych zawodowych jak i prywatnych. 

Taka postawa była dla mnie bardzo inspirująca i z pewnością miała wpływ na moje postępowanie przez kolejne lata.

Ponadto po wykonaniu swoich obowiązków z przyjemnością chodziłam do grup dzieci, by pomóc personelowi, co było dla mnie kolejną przyjemnością. A że wówczas grupy liczyły po 40 szkrabów, to każda para rąk przydała się do pomocy.

Dla mnie nie ma nic piękniejszego niż śmiech zadowolonego i szczęśliwego dziecka. Do tej pory widząc takie maluszki uśmiech pojawia się na mojej twarzy. 
Z przyjemnością patrzę jak spacerują z przedszkolem i nazwywam je wtedy “krasnoludkami”. 
W międzyczasie zaczęłam spotykać się z mężczyzną, który został moim mężem. Piękny czas – ślub, romantyczne chwile, bukiety kwiatów bez okazji, planowanie mieszkania. Spotykaliśmy się ze znajomymi, chodziiśmy na zabawy, odwiedzaliśmy rodziców na niedzielne obiady. 

Owocem naszej miłości była córeczka – przyniosła mi ogrom radości, dumy i szczęścia. Starałam się, żeby jej dzieciństwo było cudowne i niczego jej nie brakowało. 

Pojawiła się okazja do zmiany pracy, więc przeniosłam się do księgowości w sekcji płac, w powstającym szpitalu.

Kiedy miałam 35 lat życie zaczęło pokazywać swoją ciemną stronę – straciłam moją mamę, chwilę później tatę. Do tego pojawiły się trudności w małżeństwie. 
To nie był dla mnie łatwy czas.

W tym wszystkim zaszłam w ciążę. Po 13 latach urodziłam drugą córeczkę. Śliczna kruszyna, która wypełniła moje serce. Przyniosła mi dużo szczęścia i radości. 

Po urlopie macierzyńskim szybko wróciłam do pracy. Z ciężkim sercem oddawałam córkę do żłobka, wiedząc, że zamiast być z nią w domu, muszę ratować domowy budżet.
Zostawałam nadgodziny, prowadziłam dom, zajmowałam się dziećmi i do tego wszystkiego mąż, który w tamtym czasie nie miał pracy. 

Było mi bardzo ciężko i nie chciałam, żeby moje życie tak wyglądało. 
Mąż zdecydował się otworzyć działalność – co kosztowało nas wiele wyrzeczeń i pieniędzy. Mimo wszelkich starań, szło to ku upadkowi. Do tego w życiu męża pojawił się alkohol, co było kolejną trudnością w moim życiu. 
To był straszny czas. Zarówno dla mnie jak i dla dzieci. 

Życie towarzyskie upadło. Wszystko upadło.  

Światełko w tunelu pojawiło się w momencie, gdy mąż pojechał do pracy za granicę. Stojąc na dworcu autobusowym z młodszą córeczką, patrząc jak On wsiada i odjeżdza…wiesz co czułam? Ulgę. Nie będzie już awantur, zbierania go, martwienia się gdzie się podziewa. Nareszcie będzie spokój. 
Jedynym smutkiem było dla mnie to, że dzieci nie będą miały taty na miejscu. 

Los zdjął z moich barków trochę ciężaru. W domu był spokój, mąż zarabiał. Na chwilę odetchnęłam. 

Z czasem tysiące kilometrów rozłąki również zaczęły dawać o sobie znać. Pojawiły się trudności i momentami nie było łatwo. W takiej rozłące przeżyliśmy 14 lat. Mąż przyjeżdżał na urlop, wakacje, Święta. Ja latałam do Irlandii, do niego. I tak żyliśmy przez ponad dekadę. Nauczyliśmy się tego trybu. 
W pracy czułam się dobrze, oddałam się jej z zadowoleniem. Miałam wspaniały kontakt z wieloma osobami. 
Wiele osób boryka się z trudnościami w wypełnianiu dokumentów, pism, PITów. Ludzie boją się urzędów, a ja z moją chęcią niesienia pomocy starałam się pokazać im, że może być inaczej. 
Do tej pory pomagam sąsiadom, koleżankom – nigdy nie brałam pieniędzy za ofiarowaną pomoc, bo uważam, że karma wraca. 

Aktualnie jestem na emeryturze. W międzyczasie zdobyłam nowy zawód – dla siebie samej i swojej własnej satysfakcji. 
Zapisałam się do szkoły, ukończyłam ją i zdałam egzaminy. Teraz jestem florystką.
Ten zawód otworzył mi drzwi na nowe kontakty, które jak już wspomniałam uwielbiam.

Po 14 latach rozłąki mąż wrócił do Polski. Nasze życie małżeńskie znów było polane mlekiem i miodem. Tak spędziliśmy 6 lat. 

Z czasem zaczął się gorzej czuć, zachorował na nowotwór trzustki – nowotwór śmiertelny – który nie daje wiele czasu. 
10 miesięcy później odszedł. 

Dzisiaj… mam dwie wspaniałe córki, na które zawsze mogę liczyć. Kocham je bezgranicznie. Mam wspaniałą rodzinę, która mnie wspiera. 

Kocham ludzi. Kocham też Grecję, podróże, kocham taniec i chcę to robić. 
Zapisałam się na Uniwersytet Trzeciego Wieku i jestem studentką.
Mój grafik jest pełny – chodzę na wykłady, uczę się języka angielskiego, chodzę na tańce, jeżdżę na wycieczki, odwiedzam rodzinę. 

Zimą robię wianki bożonarodzeniowe i różnego rodzaju dekoracje. Najbardziej cieszy mnie widok reakcji osób, które otrzymują moje produkty. 

Przeszłam wiele, ale chcę żyć i cieszyć się życiem, a planów mam jeszcze dużo.

Z perspektywy czasu zmieniłabym bieg swojego życia, kiedy widziałam, że schodzi na złe tory i małżeństwo – głównie przez alkohol – zaczęło się sypać. 

Obawiałam się reakcji córek i że taką decyzją je skrzywdzę. Po latach okazało się, że obie były zwolenniczkami tego, by przerwać ten związek – lecz na tamten moment miałam nadzieję, że wszystko się jeszcze ułoży. Nie chciałam, żeby moja rodzina była rozbita. 

Gdybym mogła powiedzieć coś młodszej Basi, to powiedziałabym:
Weź pod uwagę szybsze podejmowanie decyzji. Zamiast czekać w nieskończoność na lepsze czasy. 
Mimo tego, że były lepsze momenty w naszym życiu, to problemy i tak wracały. 

Dzieci i tak będą cierpiały – bez wzgędu na to czy będą bez taty, czy będą w rodzinie, w której nie ma spokoju. Zatem lepszą decyzją jest ta, która przyniesie rodzinie spokój. Nawet jeśli jest to trudne.” 
Patrząc na siebie teraz – uważam, że warto mieć zajęcie. Chodzić do kosmetyczki, na basen, do fryzjera. Nie odkładać siebie na “kiedyś”. Małymi kroczkami, ale warto to realizować. 

Co chcę Ci przekazać?

Rób, to co kochasz. Niezależnie od tego o czym marzyłaś. Chcesz pisać? Pisz. Malować? Maluj. Być krawcową? Szyj. Rób to. Dla siebie. 

Mnie florystyka przyniosła ogrom satysfakcji. 

I jeśli marzyłaś o czymś przez lata, to nie skreślaj tego z listy życiowej. Nie musisz od razu występować na scenie, czy zakładać firmy. Możesz to robić na swoim podwórku i się tym cieszyć.

Nie ma nic piękniejszego niż satysfakcja i duma z samej siebie. Miło jest też poczuć aprobatę ludzi dookoła i widzieć, że to, co robisz, podoba się innym. Pamiętaj jednak, by nie uzależniać od tego sensu swoich działań ani własnej wartości.

Nie bój się swojego wieku. Ja w wieku 62 lat zaczęłam uczyć się florystyki i  bardzo się cieszę, że tak postąpiłam. 

Tobie życzę tego samego. 
Uwierz w siebie i idź po swoje.  
Basia. 

Moje prace

Przewijanie do góry